Wędkarski Świat


Forum

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum

Poprzedni temat «» Następny temat
Kłusownictwo leśne
Autor Wiadomość
Daniel 



Pomógł: 8 razy
Wiek: 34
Dołączył: 19 Lut 2006
Posty: 2025
Skąd: Opole/Ozimek
Wysłany: Czw Lis 22, 2007 3:31 pm   Kłusownictwo leśne

Źródło: 24Opole

Pościg za kłusownikami 2007-11-20

Chwilę po 21.00 mieszkańcy okolic Zawady mogli usłyszeć dwa strzały. To tutaj nie rzadkość bo polowania w pobliskim lesie są normą. Dla osób które znają się jednak na rzeczy sprawa od pierwszego strzału wydawała się podejrzana. Od niedzieli przez kolejne dwa tygodnie trwa zakaz łowów myśliwskich.

Tak się złożyło, że w tym samym momencie niedaleko byli dwaj patrolujący las myśliwi. Dla nich wszystko stało się jasne gdy tylko wystrzelił pierwszy nabój a charakterystyczny, podwójny dźwięk jaki się rozległ wskazywał na trafioną zwierzynę. Byli pewni - w okolicy są kłusownicy.

Już po chwili udało się namierzyć przestępców. Myśliwi zdecydowali powiadomić policję a samemu dokładnie przyjrzeć się podejrzanym, którzy po chwili podeszli bliżej zwierzyny aby oddać z bliska drugi - zabijający strzał. Pech chciał że jednemu z myśliwych zadzwonił telefon a kłusownicy spłoszyli się i zaczęli uciekać.

Na miejscu, aby zatrzymać przestępców zjawiło się przynajmniej kilkunastu policjantów. Każdy z nich w kamizelce kuloodpornej. Nie wiadomo było, co może przyjść do głowy przestępcom. Po około godzinie nagle z lasu wyszedł ubrany w moro mężczyzna z lornetką na szyi, podający się za właściciela porzuconego przy wjeździe samochodu osobowego, którym jak ustalono poruszali się sprawcy. To Dariusz S. Jak mówił - był na spacerze, aby pooglądać jelenie. śledczy nie dali jednak wiary jego zeznaniom i po krótkim przesłuchaniu, oraz przedstawieniu wcześniej spotkanym myśliwym, mężczyznę zatrzymano.

Do potwierdzenia tożsamości drugiego z podejrzanych niezbędny okazał się pies tropiący, który wydawałoby się potwierdził domysły śledczych. Jak wynika z naszych nieoficjalnych informacji, miał nim być mieszkaniec Kotorza Małego- kuzyn wcześniej zatrzymanego. - Mężczyzna przez całą noc ukrywał się przed nami, ale nad ranem funkcjonariuszom udało sie go zatrzymać - jest nim Krzysztof G. - potwierdza st. asp. Sławomir Szorc - rzecznik opolskich policjantów. Przy podejrzanym znaleziono także broń z której prawdopodobnie padły strzały.

Ogólną wartość zwierzyny można oszacować na około 5000 złotych. Ale to nie o te pieniądze tutaj głównie chodzi. Strach pomyśleć co może się stać, jeśli za broń chwycą osoby nie potrafiące się z nią obchodzić. Choć może się to wydać niewiarygodne, to pocisk wystrzelony z myśliwskiej strzelby może przelecieć nawet pięć, czy siedem kilometrów... nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć co może to oznaczać.








Brawo za akcję dla Policji i Myśliwych.Za miesiąc święta i kłusowników będzie przybywało,zarówno tych amatorów rybki jak i dziczyzny.Miejmy oczy szeroko otwarte.
Pozdawiam,Daniel
_________________
"Lasy to świątynie dostojne, drzewa to ołtarze wysmukłe,
a my jesteśmy skromnymi kapłanami w służbie leśnych Bogów"
Henryk Skolimowski
 
 
     
Daniel Zarzecki 
Moderator
Miłośnik VTEC'a


Pomógł: 5 razy
Wiek: 24
Dołączył: 04 Wrz 2006
Posty: 1037
Skąd: Grajewo/Białystok
Wysłany: Czw Lis 22, 2007 3:38 pm   

Fajnie, że udało się dorwać tych ludzi i mam nadzieję, że po karze odechce im się takich wypraw.
_________________
"Nie kręć bezmyślnie korbką - tchnij w przynętę życie. :wink: " Włóczykij, FWŚ
Wędkarstwo to nie hobby, to nie pasja... to sposób na życie.
 
 
     
Greficz 
Użytkownik forum


Wiek: 29
Dołączył: 25 Kwi 2007
Posty: 84
Skąd: Tomaszów Mazowiecki
Wysłany: Czw Lis 22, 2007 6:51 pm   

Tępić , tępić i jeszcze raz tępić !!! Czy taki głup pomyślał co mogłoby sie stać jakby nieoczekiwanie na linie strzału wszedł np jakiś fotograf ukryty w czatowni ? Bezmózgi ! :evil:
 
     
hanower 
Użytkownik forum

Dołączył: 29 Gru 2007
Posty: 47
Wysłany: Pon Sty 07, 2008 8:17 pm   

Mi już po prostu szkoda słów dla takich ludzi ale niestety z dniem za dniem jest ich coraz więcej. Nie wiem co im siedzi w ty główkach ale jak bym wiedział to bym nie czekał ani chwili dostali by w papę i by się skończyło. Co oni sobie wyobrażają?????????????????????????????????????????????????????????????
_________________
stop kłusolom
 
     
zander 
Stały forumowicz

Pomógł: 5 razy
Dołączył: 01 Sie 2005
Posty: 448
Wysłany: Pon Sty 07, 2008 8:31 pm   

Hanower, Hanower, Hanower... Co Ty taki agresywny jesteś? Każdemu byś tylko w papę dawał. Tylko cały czas mnie ciekawi jakbyś sie zachował, jakbyś zobaczył kłusowników strzelających do jelenia, albo ciągnących siatę? Po prostu chciałbym zobaczyć twoją szarżę na kłusowników z dubeltówką. Taka Samosierra by była, tylko troszkę pomniejszona :D .
_________________
www.splawik17.pl
 
 
     
szczupaczek
[Usunięty]

Wysłany: Pon Sty 07, 2008 8:38 pm   

Czy by mieli bron czy nie to i tak by go zalatwili szybciej niz mu sie to wydaje ;) klusole to cwaniaki sa ;)
 
     
zander 
Stały forumowicz

Pomógł: 5 razy
Dołączył: 01 Sie 2005
Posty: 448
Wysłany: Pon Sty 07, 2008 8:49 pm   

Człowieku. Hanower to twardziel. Już w "Skandal z kłusolami" widać jaki z niego fighter :D
_________________
www.splawik17.pl
 
 
     
szczupaczek
[Usunięty]

Wysłany: Pon Sty 07, 2008 8:53 pm   

zander napisał/a:
widać jaki z niego fighter


Dodam tylko " Wirtualny Fighter" ;)
 
     
hanower 
Użytkownik forum

Dołączył: 29 Gru 2007
Posty: 47
Wysłany: Wto Sty 08, 2008 6:54 pm   

no może ciutke przesadziłem ale takim ludziom to naprawdę by było warto dać w papę.

POZDRAWIAM
_________________
stop kłusolom
 
     
Blazej1990 
Stały forumowicz
Zapalony Spławikowiec


Wiek: 24
Dołączył: 10 Sty 2006
Posty: 498
Skąd: Poznań
Wysłany: Wto Sty 08, 2008 6:58 pm   

Co Ty wiesz o wypłaceniu komuś w papę?? koleś pomyśl zanim napiszesz... zachowujesz sie jakbyś był nie wiadomo kim... Trochę pokory :evil: :cry:
_________________
www.chrobry168.republika.pl
http://www.wksswarzedz.pzw.org.pl/
Klub---> WKS MILO MATCH-PRO SWARZĘDZ
 
 
     
Karol.O 
Stały forumowicz


Pomógł: 6 razy
Wiek: 31
Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 950
Skąd: Wodzisław/Jędrzejów (Świętokrzyskie)
Wysłany: Wto Sty 08, 2008 7:49 pm   

Jak mu parę razy ryjek obiją tak solidniej że nie będzie mógł mówić i oczu otworzyć to się nauczy pokory,wszystko z czasem przychodzi każdy za młodu jest bojowy do czasu konkretnego oklepu :twisted: .Później przychodzi czas na refleksje i się człowiek uspokaja.Choć nie którzy są oporni i całe życie myślą że są nie wiadomo jakimi Fighterami. :lol:
_________________
Ryb się nie łowi sprzętem a umiejętnościami.
 
 
     
zamela 



Pomógł: 3 razy
Wiek: 27
Dołączył: 12 Kwi 2007
Posty: 761
Skąd: pustynia wlkp
Wysłany: Pon Kwi 07, 2008 6:48 pm   

moga byc fighterami albo tylko myśleć ze są.
Czasem można sie przeliczyć .
_________________
karp= syf , amur= syf
 
 
     
02101990 
Użytkownik forum


Wiek: 23
Dołączył: 28 Gru 2007
Posty: 190
Skąd: Krotoszyn
Wysłany: Czw Kwi 10, 2008 4:34 pm   

Hehe chyba panowie troszkę zjechaliście z tematu :wink: . Jeśli ktoś dowie się czegoś ciekawego to niech zaraz pisze, a tym czasem pozdrawiam Was serdecznie :grin:
_________________
"Kiedy dochodzimy do wprawy, nie musimy zastanawiać się więcej nad każdym ruchem, bo staje się on jakby częścią nas. Jednak zanim osiągniemy ten stan, musimy ciągle ćwiczyć i powtarzać." Paulo Coelho
 
 
     
Daniel 



Pomógł: 8 razy
Wiek: 34
Dołączył: 19 Lut 2006
Posty: 2025
Skąd: Opole/Ozimek
Wysłany: Sob Sie 08, 2009 1:12 pm   

Funkcjonariusz CBŚ po służbie zatrzymał nielegalnych myśliwych

Wczoraj policjanci przesłuchiwali dwóch kłusowników, których na gorącym uczynku zatrzymano w niedzielę w lesie w Niegowonicach. Upolowany przez kłusowników półtonowy łoś, był właśnie przez nich obdzierany ze skóry. Dziś sąd zdecyduje o ich dalszym losie.

Przestępców zatrzymali około godziny 20.30 przebywający w tym rejonie myśliwi z sosnowieckiego koła łowieckiego "Grzywacz". Jeden z nich, kierujący akcją, to funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego. Gdyby nie szybka reakcja myśliwych, kłusownicy cieszyliby się swoim trofeum i wolnością.

- Na kłusowników natrafili myśliwi, którzy będąc na polowaniu zauważyli martwe zwierzę - mówi Dariusz Kalarus, łowczy z koła łowieckiego "Grzywacz", na co dzień policjant CBŚ. - Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na ciele łosia zauważyli ślady po pociskach. Powiadomili mnie o tym i szybko postaraliśmy się zorganizować większą grupę myśliwych. Pojechaliśmy na miejsce. W lesie znaleźliśmy samochód kłusowników. Lina z jego wyciągarki była opuszczona w dół wąwozu. Tam było dwóch mężczyzn ściągających skórę z martwego łosia. Ruszyliśmy do akcji i ich obezwładniliśmy - relacjonuje Dariusz Kalarus.

W ręce myśliwych trafili dwaj mieszkańcy Niegowonic. Jeden z nich ma 36 lat, a drugi 45. Myśliwi rozpoznali w nich mężczyzn, których już przed dwoma laty ścigali za kłusownictwo. Wtedy udało im się uciec.

Jak twierdzą myśliwi, upolowany łoś to pierwszy przypadek od lat 90., kiedy to kłusownicy do zabicia zwierzęcia użyli broni palnej.

- Mężczyźni przyjechali po zwierzę dużym samochodem terenowym z wyciągarką. Auto, którym wjechali do lasu nie było zarejestrowane w Polsce. Miało angielskie tablice rejestracyjne, a w jego wnętrzu leżało kilka noży i siekiera - informuje Andrzej Świeboda, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Zawierciu.

Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że zwierzę zostało zastrzelone w celach zarobkowych.

- Po przesłuchaniu zatrzymanych i dokładnym przeszukaniu terenu, znaleźliśmy ukrytą pod drzewem broń. Kłusownicy przerobili ją. Miała kaliber ośmiu milimetrów - podkreśla Andrzej Świeboda.

Ujawnionych przypadków kłusownictwa z użyciem broni palnej jest w Polsce niewiele. Potwierdzaja to pracownicy Nadleśnictwa Siewierz.

- Kłusownicy polują w naszych lasach. Znajdujemy czasem wnyki, ale to jest pierwszy przypadek, gdy mamy do czynienia z użyciem broni palnej. Dobrze, że to tak się skończyło i udało się kłusowników aresztować. Prawdopodobnie kłusowali od dawna - mówi Kazimierz Szydło, zastępca nadleśniczego Nadleśnictwa Siewierz.

Jak udało nam się nieoficjalnie dowiedzieć od jednego z członków Polskiego Związku Łowieckiego, kłusownictwo jest dużym problemem, bo bardzo trudno jest złapać kłusownika na gorącym uczynku.

- Bardzo często zatrzymana osoba tłumaczy się, że zwierzę znalazła przed chwilą i tak naprawdę trudno jest dojść czy mówi prawdę, czy też nie - mówił łowczy. - W walce z kłusownikami może pomóc Straż Łowiecka, ale powołano ją tylko w kilku województwach - dodaje.

Kłusownikami z Niegowonic zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Zawierciu. Za kłusownictwo grozi im do pięciu lat pozbawienia wolności, natomiast za nielegalne posiadanie broni nawet do 10 lat.









_________________
"Lasy to świątynie dostojne, drzewa to ołtarze wysmukłe,
a my jesteśmy skromnymi kapłanami w służbie leśnych Bogów"
Henryk Skolimowski
 
 
     
pawel24 
Stały forumowicz
Garażowy rękodzielnik .


Pomógł: 12 razy
Wiek: 49
Dołączył: 13 Maj 2007
Posty: 1397
Skąd: Konin
Wysłany: Nie Sie 09, 2009 1:00 pm   

Dzisiaj łoś a kiedy indziej jak pochleją to zabiją z tej flinty człowieka . Takie przypadki powinno się traktować bardzo surowo i walić dotkliwe kary .
_________________
Chęć szuka sposobu a niechęć usprawiedliwienia .
 
 
     
Daniel 



Pomógł: 8 razy
Wiek: 34
Dołączył: 19 Lut 2006
Posty: 2025
Skąd: Opole/Ozimek
Wysłany: Nie Sie 09, 2009 3:43 pm   

pawel24 napisał/a:
Dzisiaj łoś a kiedy indziej jak pochleją to zabiją z tej flinty człowieka . Takie przypadki powinno się traktować bardzo surowo i walić dotkliwe kary .


O ile za skłusowanie zwierzyny jak nam powszechnie wiadomo mogą zapaść wyroki śmieszne to za nielegalne wytwarzanie i posiadanie broni i amunicji nikomu się nie uda.
Tu na mniej jak na 10 latach się nie skończy.
Broń palna to nie wędka...
Tu żaden sędzia się nie podłoży , bo nie ma zbyt wielkiego pola manewru.
_________________
"Lasy to świątynie dostojne, drzewa to ołtarze wysmukłe,
a my jesteśmy skromnymi kapłanami w służbie leśnych Bogów"
Henryk Skolimowski
 
 
     
pustul3 
Użytkownik forum

Wiek: 23
Dołączył: 23 Mar 2009
Posty: 23
Skąd: Gdynia
Wysłany: Pią Sie 14, 2009 11:58 pm   

Słyszałem o tej sprawie dobrze,że ich złapali każdy kłusol mniej to sukces i wędkarzy i myśliwych
_________________
KOCHAM SOKOŁY!

www.koo.free.ngo.pl
www.sokolnictwo.pl
 
     
haarvester 
Moderator
Prześladowca leszczy


Pomógł: 8 razy
Wiek: 26
Dołączył: 29 Sty 2009
Posty: 793
Skąd: Siedlce
Wysłany: Wto Sie 18, 2009 7:56 pm   

Cytat:

Jak twierdzą myśliwi, upolowany łoś to pierwszy przypadek od lat 90., kiedy to kłusownicy do zabicia zwierzęcia użyli broni palnej.



Chyba pierwszy ujawniony przypadek, kłusownictwo przy użyciu broni palnej jest niestety zjawiskiem całkiem poważnym i chyba takim pozostanie dopóki nie posypią się ze starości ostatnie "kabekaesy"...
_________________

 
 
     
Karol.O 
Stały forumowicz


Pomógł: 6 razy
Wiek: 31
Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 950
Skąd: Wodzisław/Jędrzejów (Świętokrzyskie)
Wysłany: Sro Sie 19, 2009 7:03 pm   

W mojej okolicy czyli na dawnej kielecczyźnie w jednej małej wiosce na przykładowo 30 domów w 20 jest sprzęt pochodzenia z czasów wojny albo z okresu jak na bazarach od towarzyszy ze wschodu można było kupić prawie wszystko.
Z racji tego że sam mieszkam w takiej trochę większej dziurze.
Bardzo często przebywając rano nad okolicznymi rzeczkami które mają w sąsiedztwie lasy słychać strzały.
Nie ważne ile by było ludzi zatrudnionych do wyłapywania kłusowników u nas i tak to nic nie da bo jest ich tyle samo co tych kłusujących nad woda i ci z bronią mają o wiele większą skuteczność niż ci zaopatrzeni tylko w wędki.
U mnie najwięcej kłusoli grasuje po lasach przed komuniami okresami świąt bo jak wiadomo w tych okresach wzrasta grono osób chcących sobie dobrze pojeść i za darmo dobrego mięska.
_________________
Ryb się nie łowi sprzętem a umiejętnościami.
 
 
     
Daniel 



Pomógł: 8 razy
Wiek: 34
Dołączył: 19 Lut 2006
Posty: 2025
Skąd: Opole/Ozimek
Wysłany: Czw Sie 27, 2009 6:43 pm   

Pare ujawnionych przypadków i wyroki .Oczywiście śmieszne wyroki.Większa karę bym dostał jakbym pojechal na polowanie bez ważnego dostrzału,legitymacji PZŁ lub pozwolenia na broń. :evil:

Do niedawna kłusownictwo pojmowano jako proceder, którym trudnią się ludzie biedni, czyli "ci, którzy nie mają co do garnka włożyć". Dlatego też wyroki w sprawach o kłusownictwo zapadały rzadko, zaś kary w nich orzekane były bardzo niskie. Sędziowie wydający wyroki, uznając tzw. niską społeczną szkodliwość czynu, dawali wiarę zatrzymanemu na gorącym uczynku kłusownikowi, że musiał to zrobić dla czekających w domu głodnych dzieci. Policjanci i strażnicy leśni mieli wrażenie, że bawią się w "kotka i myszkę", czyli oni łapali kłusowników, a sąd groził im palcem i szybko wypuszczał.

Czy obecnie coś się zmieniło? Czy nadal kłusownik, to notorycznie pijany mieszkaniec popegeerowskiej wioski, sprzedający złapaną sarnę "za flaszkę"? Czy sędziowie stali się wrażliwsi na wielogodzinne męczarnie zwierząt konających na drucianych pętlach? Czy nadal posługują się pojęciem-kluczem o niskiej szkodliwości czynu? A może kłusownictwo przestało być problemem? Myślę, że przedstawione niżej zdarzenia zarysują obraz stanu obecnego.

WĘDKARZ

W okolicach jednej z podpoznańskich miejscowości w 2005 roku leśnicy i myśliwi zaczęli regularnie znajdować pętle pozastawiane w lesie na ścieżkach zwierzyny. Pętle te, znane jako wnyki, były o tyle nietypowe, że sporządzono je nie z mocnego drutu, czy stalowej linki, ale z różnej grubości wędkarskiej żyłki, bardzo wytrzymałej i niebezpiecznej dla zwierząt. Żyłka tak mocno wżynała się w szyję zwierzęcia, że powodowała niemal odcięcie głowy szarpiącego się nieszczęsnego stworzenia, które wpadło w taką pułapkę. Zdarzył się też przypadek, kiedy żyłka dosłownie odcięła nogę młodemu dzikowi. Zwierzę wprawdzie uwolniło się, ale część jego nogi została przy pętli, a ono na trzech nogach odeszło dosyć daleko, nim padło z upływu krwi.

Pętle z żyłki były o tyle groźniejsze od tradycyjnych kłusowniczych pułapek, że zwierzęciu trudniej było zauważyć taką przezroczystą linkę zastawioną na jego ścieżce. W dodatku żyłka nie wydzielała prawie żadnego zapachu, podczas gdy wnyki z drutu charakteryzowały się dosyć silną (dla zwierzęcych nosów) wonią. Dzięki temu były skrzętnie omijane przez niektóre z nich, np. lisy. O pojawieniu się tak groźnego dla zwierząt kłusownika powiadomiono policjantów, którzy rozpoczęli rutynowe działania. Przede wszystkim, na podstawie zebranych informacji, starali się wytypować osoby, które mogą trudnić się tym procederem. Leśnicy oceniali, że jeden kłusownik potrafi schwytać i zabić nawet pięć sztuk jeleni i saren w miesiącu. Dlatego policjanci doszli do słusznego wniosku, że musi on odsprzedawać mięso z dziczyzny, gdyż przy kłusowaniu na własne potrzeby zadowoliłby się jedną lub dwiema sztukami w miesiącu, nawet przy bardzo licznej rodzinie. Postanowiono więc sprawdzić okoliczne restauracje, oferujące w swoim menu potrawy z dziczyzny.

Doszło jednak do nieporozumień pomiędzy leśnikami a policjantami. Leśnicy i myśliwi byli zdania, że należy postąpić klasycznie, jak przy ściganiu każdego kłusownika, czyli znaleźć miejsce, w którym założył wnyki, poczekać aż coś się w nie złapie i zorganizować zasadzkę. Wcześniej czy później, kłusownik pojawi się, aby sprawdzić pułapki i zabrać zwierzę. Wtedy należy go schwytać na gorącym uczynku i po kłopocie.

Policjanci natomiast uważali, że najpierw powinni ustalić, dokąd trafia nielegalnie złowiona dziczyzna. Ich zdaniem, dopóki jest zapotrzebowanie na takie mięso z nielegalnego źródła, dopóty problem będzie istniał, i dlatego właśnie należy zacząć od znalezienia odbiorców. W szeroko zakrojonej akcji sprawdzono wszystkie restauracje w najbliższej okolicy, pod kątem legalności oferowanych tam potraw, przede wszystkim z mięsa saren, dzików i jeleni. Dokładnie sprawdzono też targowiska. Niestety, te prawie dwumiesięczne działania nie przyniosły żadnych pozytywnych efektów, a leśnicy alarmowali o nowych przypadkach działalności kłusownika. To wówczas leśnicy zarzucili policjantom, że tylko markują działania, bo nie chce im się siedzieć w lesie podczas wielogodzinnych zasadzek przy wnykach.

Kłusownik tymczasem działał. Znajdowano miejsca, w których w męczarniach ginęły zwierzęta – plecionki żyłkowe były tak wytrzymałe, że potrafiły zadławić nawet dorosłego dzika, czy jelenia. Jeden ze strażników leśnych znalazł łanię jelenia, której plecionka zacisnęła się na pysku, wżynając się aż do kości. Zwierzę nie udusiło się i przez kilka dni stało przy drzewie bez możliwości zjedzenia czegokolwiek, czy nawet zjedzenia śniegu. Było tak potwornie wyczerpane, że leżało na stratowanym doszczętnie placyku, nie reagując nawet na pojawienie się ludzi.

Niestety, pomimo wysiłków strażników leśnych i myśliwych kłusownik nadal był nieuchwytny. Złapaną we wnyki zwierzynę udawało mu się zabrać z lasu w taki sposób, że nikt go przy tej czynności nie złapał. Nie udało się też w lesie spotkać nikogo podczas sprawdzania zastawionych wnyków. Dopiero w pierwszych dniach marca 2006 roku pojawiła się taka szansa.

Jeden z leśniczych jadąc do pracy przez las, zauważył nieżywą już sarnę, która wpadła we wnyki. Powiadomił o tym swojego szefa, a ten policjantów, którzy postanowili wreszcie zastawić pułapkę na nieuchwytnego kłusownika. Natychmiast obstawiono dyskretnie różne punkty w tej okolicy i czekano na jego pojawienie się. Przyszedł jeszcze tego samego dnia, ale policjanci nie przystąpili do zatrzymania. Po tym, jak włożył sarnę do swojego samochodu, postanowili go śledzić. Pojechali za nim aż do domu, a potem śledzili go jeszcze przez dwa dni, nim zdecydowali się na zatrzymanie i przeszukanie jego zabudowań.

Kłusownikiem okazał się 50-letni Edward J., który jeżdżąc po schwytaną zwierzynę oraz aby sprawdzać wnyki, ubierał się w mundur kolejarza, mimo że nie był pracownikiem PKP. Liczył widocznie na to, że uniknie szczegółowej kontroli w przypadku napotkania policjantów, gdy będzie jechał ze skłusowaną zwierzyną przewożoną w dużych workach. Przyznał później, że raz mu się udało, bo policjanci przepuścili go, nie sprawdzając samochodu, a wiózł wówczas w aucie małego dzika. Ponieważ przez te lasy przebiegało wiele linii kolejowych, to mając na sobie kolejarski mundur, nawet w nocy mógł tłumaczyć się, że wysłano go, aby sprawdził coś przy torach.

W domu Edwarda J. znaleziono pomieszczenie z czterema zamrażarkami oraz stołem ze stali kwasoodpornej, służącym do ćwiartowania zwierzyny. Poporcjowane mięso, zapakowane było w woreczki z metkami (np. "Sarna udziec 0,5 kg") oraz opisane hasłami, np. Waldek, Kasztanowa, Biały Dwór itp. Jeden z policjantów, który brał udział w tym przeszukaniu, stwierdził, że "to wszystko wyglądało, jak w porządnie prowadzonym sklepie mięsnym. Czysto, schludnie i dobrze zorganizowane".

W zabudowaniach Edwarda J. policjanci zabezpieczyli ponad 50 kg mięsa różnych zwierząt, a także skóry i poroża. Zatrzymany kłusownik początkowo nie chciał składać wyjaśnień, ale później udało się policjantom przełamać jego milczenie. Zmienił taktykę i próbował im wmówić, że to nie on zastawiał wnyki (znaleziono w skrytce całą kolekcję linek), ale po prostu "podbierał" zdobycz jakiegoś kłusownika, który te pętle zakładał. Usiłował także przekonać ich, że mięsem przywiezionych z lasu zwierząt nie handlował, ale… karmił nim psy, których dużą hodowlę rzeczywiście prowadził.

Policjanci jednak przez ten czas zdobyli już zeznania przynajmniej trzech osób, które potwierdziły, że kupowały od Edwarda J. dziczyznę. Tłumaczył swoim klientom, że prowadzi punkt skupu dziczyzny i część może taniej i "po cichu" sprzedać. Zapewniał przy tym, że mięso zwierząt jest przebadane przez weterynarza, na co okazywał wystawiony dokument z tych badań. Rzeczywiście, część mięsa była poddawana badaniom, ale sprawdzana była tylko co trzecia sztuka, aby mieć dokument do pokazania nabywcom. Większość była niezbadana i kupujący w ten sposób dziczyznę bardzo ryzykowali zarażeniem się niebezpiecznymi chorobami, takimi jak włośnica.

Na szczęście okazało się, że zdecydowana większość mięsa sprzedawana była osobom prywatnym. Policjantom nie udało się zdobyć dowodów na to, że trafiało ono także do restauracji, choć jednym z odbiorców był właściciel niewielkiego hotelu. Z uporem twierdził, że kupował od Edwarda J. mięso wyłącznie na własne potrzeby. Doskonale wiedział przecież, że przyznanie się do karmienia tym mięsem gości swojego hotelu, oznaczałoby poważne konsekwencje karne. Niestety, policjanci nie zdobyli dowodów na to, że choć jeden z jego gości jadł mięso niewiadomego pochodzenia.

Przesłuchano także weterynarza, który badał próbki mięsa dostarczone przez Edwarda J. Weterynarz stwierdził jednak, że jego zadaniem jest sprawdzanie próbek, a nie ustalanie, czy mięso pochodzi z legalnego źródła. Podobnie zeznawał też właściciel sklepu wędkarskiego, który specjalnie dla Edwarda J. sprowadzał żyłki – najgrubsze z dostępnych na rynku. Ten człowiek także twierdził, że jego nie interesuje, że ktoś kupując żyłkę na rekiny czy marliny wykorzysta ją do innych celów, np. jako sznur na bieliznę. Nie uważał za celowe pytanie klienta, do czego będzie używał zakupionej żyłki, nawet tak nietypowej, jak w przypadku Edwarda J.

Sąd w tej sprawie nie procedował zbyt długo i po szybkim procesie, już we wrześniu 2006 roku, skazał Edwarda J. na karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 20 tysięcy złotych grzywny za skłusowanie zwierząt, których zabicie udało mu się udowodnić.

Zawieszając wykonanie kary sąd argumentował to między innymi tym, że Edward J. prowadzi hodowlę psów, której likwidacja na czas odbywania kary łączyłaby się z dużymi stratami finansowymi oraz utratą dorobku hodowlanego.

Łatwo wyobrazić sobie reakcję policjantów i leśników, kiedy usłyszeli ten wyrok. Niestety, prokuratorskie odwołanie się od tego wyroku nic nie dało. W ten sposób wyrok stał się prawomocny, a do grona osób pośrednio przyzwalających na działalność kłusownika, takich jak weterynarz, czy dostawca żyłek, dołączył sąd, traktujący kłusownictwo jako nie zasługujące na porządną karę przestępstwo.

NOWE DA SIĘ WYKORZYSTAĆ

Informacja, którą przez telefon pewnego styczniowego ranka 2007 roku otrzymał dyżurny Komendy Powiatowej w Z. była dosyć lakoniczna, ale bardzo precyzyjna. Kierowca jadący autostradą zauważył, że grupa mężczyzn zrobiła nagonkę z psami na sarny, wpędzając je na siatkowe ogrodzenie autostrady oraz na dwie dostawione prostopadle do tego ogrodzenia sieci. Trzy spłoszone sarny wpadły na ogrodzenie – jedna po uderzeniu w nie została na ziemi, a pozostałe dwie pobiegły wzdłuż płotu, wpadając w specjalnie zastawione w tym celu sieci. Kierowca początkowo myślał, że to myśliwi w ten sposób odławiają zwierzynę, ale zanim minął to miejsce, zdołał zauważyć, że jeden z "myśliwych" dobiegł do leżącej przy ogrodzeniu sarny i zaczął dobijać ją solidnym kołkiem.

Dzwoniący mężczyzna dokładnie opisał dyżurnemu miejsce, w którym to zdarzenie zauważył, więc łatwo było wysłać tam policjantów. Kiedy jednak policjanci, w sile dwóch radiowozów, dojechali tam, nie zobaczyli niczego wzbudzającego niepokój. Nie było ani kłusowników, ani dodatkowych siatek, ani tym bardziej zwierzyny. Tylko w jednym miejscu ziemia była mocno zdeptana i widać było na niej ślady krwi.

Niczego więc policjanci by nie znaleźli, gdyby nie rutyniarska przezorność jednego z nich. Przejeżdżając bowiem przez las we wskazane miejsce, załoga jednego z radiowozów mijała się z białym samochodem marki Fiat 125p, z kompletem pasażerów i mocno obciążonym bagażnikiem. Jeden z policjantów zanotował numery rejestracyjne tego samochodu i przy pomocy dyżurnego szybko ustalił miejsce zamieszkania jego właściciela. Ponieważ była to oddalona zaledwie o 5 kilometrów wioska, policjanci od razu złożyli wizytę pod tym adresem. Trafili w przysłowiową dziesiątkę, bo akurat na moment, kiedy dwóch porządnie pijanych mężczyzn przenosiło ostatnią sarnę z bagażnika samochodu do tzw. letniej kuchni. Zapewne zdążyliby schować się z tą zdobyczą, ale byli tak pijani, że na widok podjeżdżających radiowozów, chcąc pobiec szybciej, poprzewracali się i mieli duży problem z podniesieniem się.

W pomieszczeniu letniej kuchni policjanci znaleźli pozostałych dwóch kłusowników oraz dwie martwe sarny, zaś w całym gospodarstwie kilka skór sarnich i dwa zające w klatkach. Znaleziono także sporą liczbę siatek oraz przygotowanych do założenia wnyków.

Pomimo tak oczywistych dowodów na trudnienie się kłusownictwem, sąd orzekł tylko wobec dwóch mężczyzn kary grzywny i to w niewielkich kwotach. Pozostałych dwóch uniewinnił, stwierdzając, że brak jest dowodów na to, że brali oni udział w nielegalnym pozyskiwaniu zwierząt. Sąd uznał, że mogło być rzeczywiście tak, jak twierdzili, iż przyszli w odwiedziny do sąsiada i pomagali mu tylko przenieść sarny.

Całe to zdarzenie zwróciło jednak uwagę policjantów na to, w jaki sposób mogą być wykorzystywane ciągnące się kilometrami ogrodzenia autostrad. W następnych miesiącach udało się dzięki temu dwukrotnie odebrać siatki osobom, które w ten sposób próbowały chwytać zwierzynę.

INNE OGRODZENIA

Leśnicy w wielu rejonach Polski, aby wyhodować młode drzewa, muszą tereny z takimi nasadzeniami ogradzać. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że liście i gałązki młodych drzewek stanowią smakowity kąsek, po który chętnie sięgają zwierzęta, zwłaszcza jelenie, łosie i sarny. Niestety, okazało się, że takie znajdujące się w głębi lasu ogrodzenia zaczęli także wykorzystywać kłusownicy.

W jednym z podgórskich kompleksów leśnych, w okolicach miasta D., coraz częściej ktoś likwidował część płotu, ogradzającego teren z młodymi drzewkami, aby z użyciem psów wpędzać w to ogrodzenie sarny, a nawet jelenie. Po odcięciu drogi odwrotu zwierzęta wpadały na ogrodzenie i były zabijane, m.in. przez wpuszczane psy. Straż Leśna w takich miejscach znajdowała tylko ślady krwi, uszkodzone ogrodzenia i stratowaną ziemię. Mimo wysiłków, nigdy nie udawało się złapać kłusowników na gorącym uczynku, ani też założyć skutecznej zasadzki.

Nie było w tym niczego dziwnego. Tutejsza ludność, wywodząca się w części z byłych pracowników upadłych Państwowych Gospodarstw Rolnych, nie była skora do współpracy z kimkolwiek, oprócz właściciela sklepu sprzedającego wódkę na kredyt. Naturalnym sposobem zarabiania jakichś niewielkich kwot było tutaj zbieranie grzybów, jagód czy tzw. zrzutów, czyli poroży zrzucanych przez jelenie. Ludzie znali las doskonale, bo często w nim przebywali, stąd łatwość kłusowania oraz poczucie bezkarności.

Od 2004 roku zdarzenia z wykorzystaniem ogrodzeń upraw leśnych przybrały na sile tak bardzo, że miejscowi myśliwi zwrócili się z pisemnym żądaniem do policji i Straży Leśnej o podjęcie skuteczniejszych działań w celu powstrzymania tego zjawiska. Według obliczeń myśliwych, tylko w zimowym okresie na przełomie 2004 i 2005 roku kłusownicy w tamtejszych lasach zabili 9 saren i 12 jeleni.

Pierwszym skutkiem tego pisma było oczywiście to, że zarówno policjanci jak i strażnicy leśni obrazili się i odpisali, że podejmują intensywne działania rutynowe, zaś swoje obowiązki wypełniają wręcz wyśmienicie. A że sarny i jelenie giną? No cóż, być może zabijają je wilki, a nie kłusownicy z psami. Poza tym, kto jest w stanie policzyć, ile saren i jeleni było, a ile zginęło na skutek działalności kłusowników, a ile padło ze starości?

Myśliwi już nie odpisali na to pismo, ale chyba skontaktowali się z kimś z przełożonych tych policjantów, bo w październiku 2005 roku do komendy w D. przyjechała kontrola i policjanci bardzo ostro zabrali się za walkę z kłusownictwem, włączając w te działania także Straż Leśną.

Postanowiono przede wszystkim nie uganiać się po lesie za potencjalnymi kłusownikami, ale zaczęto organizować przeszukania w domach osób podejrzewanych o taką działalność. Drugim pomysłem na złapanie nieuchwytnych przestępców były zasadzki przy drogach prowadzących z lasu do pozostałych po PGR-ach bloków mieszkalnych, w których, jak podejrzewano, mieszkali ludzie trudniący się kłusownictwem.

Jednak do stycznia 2006 roku działania te przyniosły mizerne efekty. Wprawdzie podczas jednego z przeszukań znaleziono wnyki, a nawet żelazny potrzask do chwytania zwierząt, ale sprytny kłusownik wykręcił się od zarzutów, twierdząc, że przyrządy te były mu potrzebne do schwytania kuny, która przychodzi na jego podwórko i zabija gołębie oraz kury. W związku z takim tłumaczeniem nie kierowano nawet sprawy do sądu przeciwko temu człowiekowi, bo i tak sąd uniewinniłby go.

Zasadzki przy drodze też niewiele dawały, jeśli nie liczyć kilku pijanych rowerzystów, zatrzymanych przez policjantów. Owszem, zatrzymywano podejrzane samochody, czy ciągniki rolnicze, legitymowano wędrujące nocą z lasu osoby, ale wszystko na próżno. Kłusownika z dowodami winy, czyli ze skłusowaną zwierzyną, nie złapano.

W końcu jednak policjantom dopisało szczęście. Podczas jednej z zasadzek w styczniowy wieczór, przez nieuwagę policjanci przepuścili kierowcę bardzo wolno jadącego Fiata 126p. Pewni, że kierowca tego pojazdu jest pijany, już mieli uruchomić silnik i wyjechać z ukrycia, gdy zobaczyli, że z taką samą prędkością, w sporej odległości, jedzie wóz konny. Poczekali, aż dojedzie bliżej i wtedy dopiero ruszyli. Dwóch jadących wozem mężczyzn zeskoczyło natychmiast z niego i chciało uciekać w las, ale po strzałach ostrzegawczych oddanych przez policjantów w powietrze, zatrzymali się. Podobnie, jak trzy spore psy, które chciały uciekać razem ze swoimi właścicielami, ale widząc, że ich panowie się zatrzymali, one też przysiadły tuż obok.

Policjanci zaczęli od zakucia w kajdanki obu mężczyzn i dopiero wtedy sprawdzili, co leży na wozie w części załadowanym gałęziami. Znaleźli tam nie tylko jelenia najwyraźniej zagryzionego przez psy, ale także sarnę zdjętą z wnyku, na co wskazywał ślad po drucianej pętli na jej szyi.

Obaj mężczyźni trafili do aresztu. Następnego dnia zatrzymano także ich wspólnika, który, jak się okazało, jechał powoli "maluchem", sprawdzając, czy droga jest bezpieczna. Gdyby policjanci zatrzymali go do kontroli, wóz z kłusownikami skręciłby w las i nikogo nie udałoby się złapać.

W tym przypadku sąd nie dał wiary wyjaśnieniom kłusowników, którzy twierdzili, że sarnę znaleźli przypadkiem w lesie, gdy zbierali chrust, a jeleń był kulawy (pewnie go myśliwi postrzelili) i psy go zagryzły, skracając mu cierpienia. Dwóch kłusowników dostało kary roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata oraz kary grzywny. Wspólnikowi z Fiata 126p nie udało się udowodnić współdziałania z nimi i sąd go uniewinnił.

STARA METODA

Osiemnastoletniego Tomasza K. karetka pogotowia zabrała z betonowej drogi, biegnącej u podnóża wysokiej skarpy, stanowiącej część wyrobiska po żwirowni na pograniczu lasu. Nieprzytomny chłopak leżał obok swojego motocykla i wyglądało na to, że spadł wraz z nim ze skarpy. Ten fakt potwierdzali też jego dwaj koledzy, którzy próbowali się ulotnić po odjeździe karetki, jednak akurat w tym czasie z przeciwka nadjeżdżał policyjny radiowóz, więc zostali na miejscu.

Policjanci, którzy przyjechali na miejsce wypadku, początkowo traktowali to zdarzenie jako skutek brawury i braku rozsądku u młodego człowieka. Bo kto w lutym, przy sporym mrozie i śniegu, jeździłby motocyklem po lesie? Jednak rozpytując zastanych na miejscu wypadku 19-letniego Piotra F. i 18-letniego Grzegorza P. nabrali podejrzeń, że to zdarzenie nie miało prostego i oczywistego charakteru. Obaj młodzieńcy byli bardzo przestraszeni i czymś zdenerwowani. Wyczuwając to napięcie, policjanci zaprosili ich do radiowozu i zaczęli bardzo szczegółowo rozpytywać. Już po półgodzinie takiej rozmowy obaj motocykliści zaczęli mówić prawdę. W przekonaniu ich do szczerych wyznań bardzo pomogło zapewnienie jednego z policjantów, że zostaną zatrzymani jako podejrzani o spowodowanie śmierci Tomasza K. Mieli trafić do więzienia, przynajmniej do czasu, kiedy wróci im ochota do mówienia prawdy.

Piotr F. i Grzegorz P. wyznali w końcu, że Tomasz K. spadł ze skarpy w trakcie… polowania na sarny i jelenie. Okazało się, że ta trójka motocyklistów od dłuższego czasu zajmowała się naganianiem różnych zwierząt na skraj skarpy i zmuszaniem ich do spadania na betonową drogę na dole, gdzie ginęły lub odnosiły poważne obrażenia. Były wtedy dobijane i zabierane. Na potwierdzenie swoich słów Grzegorz P. zaprowadził policjantów do miejsca, w którym ukryta była zabita tego dnia sarna.

Zdarzenia tego dnia przebiegły jednak nietypowo, bo nagoniona nad krawędź urwiska sarna zatrzymała się i nie zamierzała skoczyć. Wówczas Tomasz P. próbował sarnę przestraszyć, ruszając motocyklem w jej kierunku. Dopiero kiedy dojechał już bardzo blisko, sarna skoczyła z urwiska, a on, próbując hamować, wpadł w poślizg na ośnieżonej trawie i nie dał rady zatrzymać się. Spadł na dół zaraz za sarną i leżał nieprzytomny. Jego koledzy ukryli martwe zwierzę (skręciło sobie kark) i dopiero wtedy zadzwonili po pogotowie.

Piotr F. i Grzegorz P. zostali zatrzymani. W ich domach przeprowadzono przeszukania, ale nie znaleziono żadnych części zwierząt. W trakcie przesłuchań młodzi mężczyźni przyznali się, że ta zima była już drugą, w trakcie której naganiali oni zwierzęta na urwisko. Ich rodzice twierdzili, że o niczym nie wiedzieli. Myśleli, że zimą, podobnie jak w pozostałe części roku, chłopcy trenują motocross w lesie.

Z zeznań wynikało także, że przez cały ten czas tylko cztery zwierzęta – trzy sarny i jelenia – udało im się zabić, zapędzając na urwisko. Nie wykorzystali ich mięsa, tylko pozostawili po prostu w lesie.

Pomysł takiego polowania na sarny i jelenie motocykliści zaczerpnęli z jakiegoś filmu o ludziach pierwotnych, którzy w podobny sposób mieli polować na zwierzęta. Młodzieńcy po licznych próbach uznali to za niemożliwe, bo im, dysponującym trzema szybkimi motocyklami crossowymi, było bardzo trudno tak osaczyć zwierzę, aby pogonić je w pożądanym kierunku. Jak zatem mieli tego dokonać ludzie pierwotni, poruszający się na piechotę?

Sąd tę ich makabryczną zabawę ocenił jako wymagającą ukarania grzywną i tylko takie konsekwencje ponieśli. Tomasz P. po długim leczeniu szpitalnym oraz rehabilitacji wrócił do pełnej sprawności i także musiał zapłacić grzywnę. Policjanci i leśnicy z większą uwagą zaczęli od tej pory sprawdzać osoby, trenujące motocross w pobliżu terenów leśnych, i bezwzględnie zaczęto w tej okolicy karać wszystkich, którzy takie treningi urządzaliby na terenach do tego nieprzeznaczonych.
_________________
"Lasy to świątynie dostojne, drzewa to ołtarze wysmukłe,
a my jesteśmy skromnymi kapłanami w służbie leśnych Bogów"
Henryk Skolimowski
 
 
     
Daniel 



Pomógł: 8 razy
Wiek: 34
Dołączył: 19 Lut 2006
Posty: 2025
Skąd: Opole/Ozimek
Wysłany: Wto Sty 12, 2010 2:37 pm   

Parczew: złapali kłusownika na gorącym uczynku

Kłusownik uciekając przed pościgiem porzucił strzelbę. Wycieńczonego ucieczką przestępcę złapali policjanci. W domu mężczyzna przechowywał mięso zwierzyny łownej. Za kłusownictwo grozi mu do 8 lat więzienia.
W poniedziałek policjanci włączyli się do pościgu kłusownika, zaalarmowani przez myśliwego. Pościg odbywał się w kompleksie leśnym w Piechach. Parczewscy policjanci znaleźli w lesie porzuconą broń myśliwego. Wkrótce zauważyli mężczyznę, który ukrył się w zabudowaniach. Odpowiadał rysopisowi kłusownika, i wręcz leciał z nóg z powodu zmęczenia. Był trzeźwy.

37-latek przechowywał w domu mięso zwierzyny łownej. Na dodatek policjanci ustalili, że broń myśliwska kłusownika została ukradziona 5 lat temu.

Krzysztof G., mieszkaniec Jabłoni, został wtrącony do policyjnego aresztu. Czeka go proces. Za kłusownictwo z użyciem broni oraz jej nielegalne posiadanie grozi kara do 8 lat więzienia.
_________________
"Lasy to świątynie dostojne, drzewa to ołtarze wysmukłe,
a my jesteśmy skromnymi kapłanami w służbie leśnych Bogów"
Henryk Skolimowski
 
 
     
Daniel 



Pomógł: 8 razy
Wiek: 34
Dołączył: 19 Lut 2006
Posty: 2025
Skąd: Opole/Ozimek
Wysłany: Sro Sty 27, 2010 8:50 pm   

Dwaj policjanci kłusowali w lesie koło Lwówka Śląskiego

Dwaj funkcjonariusze Komendy Powiatowej Policji w Lwówku Śląskim kłusowali w lwóweckich lasach. Policjanci ustrzelili pięć saren. Funkcjonariusze należeli do kół łowieckich i byli myśliwymi i nie przestrzegali terminów odstrzału leśnej zwierzyny. Grozi im wydalenie ze służby i wyrok karny do 5 lat pozbawienia wolności.

Dwaj policjanci z Lwówka Śląskiego, którzy cieszyli się bardzo dobrą opinią wśród swoich przełożonych zostali przyłapani na kłusownictwie. Sprawa jest tym bardziej pikantna, że policjanci po pracy byli zapalonymi myśliwymi i członkami lwóweckich kół łowieckich. Jedyną rzeczą, jakiej nie przestrzegali to terminy polowań, ponieważ jeszcze kilka dni temu obowiązywał surowy zakaz odstrzału saren.

- Przedstawiliśmy policjantom zarzuty, które dotyczą nielegalnego polowania. Kiedy policjanci polowali obowiązywał całkowity zakaz odstrzału saren – mówi Prokurator Rejonowy w Lwówku Śląskim Jerzy Szkapiak.

Policjanci, którzy, na co dzień sprawowali służbę w komisariacie w Gryfowie Śląskim urządzili sobie wieczorny rajd w lasach koło Zbylutowa. Jeden z policjantów był kierowcą, a drugi przez otwarte okno samochodu strzelał ze sztucera do leśnej zwierzyny. Łupem policjantów padło pięć saren, które w czasie polowania znajdowały się pod ochroną, którą regulują przepisy łowieckie.

W czasie polowanie w lesie obecnie byli myśliwi z jeleniogórskiego koła łowieckiego, którzy dokarmiali zwierzynę. Myśliwi, którzy usłyszeli strzały przekonani byli, ze mają do czynienia z kłusownikami i postanowili zablokować drogę wjazdową do lasu, którą wracali dwaj mieszkańcy gminy Lwówek Śląski. Na widok myśliwych zaczęła się ucieczka samochodem po lesie. Myśliwi z jeleniogórskiego koła natychmiast powiadomili stróżów prawa o zaistniałej sytuacji. Jak wiadomo policjantom w czasie ucieczki, samochód odmówił posłuszeństwa i postanowili uciekać pieszo. Myśliwi w okolicach samochodu odnaleźli porzucone sarny.

- Policjanci z KPP w Lwówku Śląskim zostali przesłuchani i postanowiliśmy wydać decyzję o ich zawieszeniu w czynnościach służbowych, do czasu wydania prawomocnego orzeczenia sądu. Przestępstwo, którego się dopuścili zagrożone jest karą do 5 lat pozbawienia wolności. Policjanci będą musieli zapłacić 10 tysięcy złotych kary za odstrzelone sarny, które określają przepisy łowieckie – dodaje Prokurator Jerzy Szkapiak
Jak wiadomo policjanci należeli do lwóweckich kół łowieckich. Byli myśliwymi, cieszyli się bardzo dobrą opinią wśród swoich przełożonych.

- Policjanci, którzy zostali zawieszeni w swoich czynnościach cieszyli się bardzo dobrą opinią. Wśród wieloletniej służby nie było na nich skarg – mówi oficer pracowy Komendy Powiatowej Policji w Lwówku Śląskim asp. sztab. Marek Madeksza
_________________
"Lasy to świątynie dostojne, drzewa to ołtarze wysmukłe,
a my jesteśmy skromnymi kapłanami w służbie leśnych Bogów"
Henryk Skolimowski
 
 
     
Killerek30
[Usunięty]

Wysłany: Czw Sty 28, 2010 8:07 am   

Czarne owce wszędzie się znajdą :( i takie psują opinie
 
     
maniek72 
Stały forumowicz
Ostatni Kowboj Rzeczpospolitej


Pomógł: 18 razy
Wiek: 41
Dołączył: 28 Gru 2009
Posty: 3065
Skąd: Stare Stulno
Wysłany: Czw Sty 28, 2010 4:38 pm   

Niestety, to nie jest jakis szczególnie odosobniony przypadek, mnie to juz nawet przastało dziwić, : że jak w takim kraju ma być dobrze....Wciąż te pozostałości poprzedniej epoki.....
 
 
     
Daniel 



Pomógł: 8 razy
Wiek: 34
Dołączył: 19 Lut 2006
Posty: 2025
Skąd: Opole/Ozimek
Wysłany: Pią Sty 29, 2010 6:01 am   

To ciekawe co na to powiecie .

Myśliwi na celowniku CBA




Myśliwi, Straż Łowiecka, a nawet wojewoda lubelski już wkrótce mogą mieć poważne problemy. W poniedziałek do siedziby Państwowej Straży Łowieckiej w Lublinie wkroczyli agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Chodzi m.in. o nieprawidłowości dotyczące odstrzału zwierzyny. Aferę ujawniliśmy już wcześniej na łamach Kuriera.
Kontrola dotyczy zagospodarowania bezprawnie pozyskanej zwierzyny i pobierania środków pochodzących ze sprzedaży tusz. Agenci sprawdzą też, jakie straty poniósł skarb państwa w związku z niezapłaconymi ekwiwalentami za nielegalne odstrzały w ciągu ostatnich pięciu lat.

- Kontrola rozpoczęła się w poniedziałek - potwierdza Jacek Dobrzyński z CBA. - W tej chwili funkcjonariusze zabezpieczają dokumentację. Wyniki będą znane pod koniec marca - dodaje.

O kontroli CBA niewiele mówi Stefan Kowalewski, komendant wojewódzki Państwowej Straży Łowieckiej w Lublinie. To właśnie Straż Łowiecka miała czuwać nad przestrzeganiem przepisów przez myśliwych. - Agenci zażądali od nas dokumentów związanych z odstrzałem zwierzyny w lubelskich lasach - ucina Kowalewski. I zaraz dodaje: - W tej sprawie nie mam sobie nic do zarzucenia.

Lubelska Straż Łowiecka podlega wojewodzie. CBA sprawdzi, czy wojewoda wywiązał się ze wszystkich obowiązków. Chodzi o pobieranie ekwiwalentów od kół łowieckich za bezprawnie pozyskaną zwierzynę.

- Mieliśmy wątpliwości, czy zwierzyna uzyskana w wyniku przekroczenia planu łowieckiego jest bezprawnie pozyskana, a tylko od takiej pobiera się ekwiwalenty - mówi Rafał Przech z biura prasowego Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego. Dlatego urząd zwrócił się w tej sprawie o opinię prawną do Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa.



Po raz pierwszy o sprawie pisaliśmy na początku czerwca ubiegłego roku. Ujawniliśmy wówczas szokujące informacje dotyczące polowań na Lubelszczyźnie. Okazało się, że aż 70 legalnie działających kół łowieckich w naszym regionie przekroczyło dopuszczalne limity odstrzału zwierzyny. Rekordziści w ciągu trzech lat nielegalnie wybili ponad 700 zwierząt, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności.

Przez lata myśliwi nie ukrywali w dokumentach, że notorycznie zabijali zwierzęta ponad normę. Tymczasem każdy nadprogramowy odstrzał to strata dla skarbu państwa. Zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska, każde upolowane w ten sposób zwierzę ma swoją cenę. Najtańsze są m.in. zające - tysiąc złotych za sztukę. Oddziały Polskiego Związku Łowieckiego, które nadzorują wykonanie planów, przez lata przymykały oko na ten proceder. Z kolei władze krajowe PZŁ zapewniały nas, że o sytuacji na Lubelszczyźnie nie miały pojęcia.

Z zestawienia przygotowanego przez Lubelski Urząd Wojewódzki wynika, że na nielegalnym odstrzale zwierzyny w lubelskich lasach skarb państwa stracił ponad 4 mln zł.

Prawo o odstrzale zwierzyny

* Zgodnie z art. 52 prawa łowieckiego: Kto sprawując zarząd z ramienia dzierżawcy, a w obwodach niewydzierżawionych z ramienia zarządcy, zezwala na przekroczenie zatwierdzonego w planie łowieckim pozyskania zwierzyny - podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku.

* Zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska, ekwiwalent za zwierzynę bezprawnie pozyskaną wynosi:

- 14 tys. zł za łosia
- 5,8 tys. zł za jelenia szlachetnego
- 2,3 tys. zł za dzika
- 2 tys. zł za sarnę
- 1 tys. zł za zająca[/size]

[źródło : Kurier Lubelski]

Latami bezkarnie mordowali zwierzęta


Dotarliśmy do szokujących informacji dotyczących polowań na Lubelszczyźnie. Okazało się, że aż 70 legalnie działających kół łowieckich w naszym regionie przekroczyło dopuszczalne limity odstrzału zwierzyny. Rekordziści w ciągu trzech lat nielegalnie wybili ponad 700 zwierząt.
Na Lubelszczyźnie jest zarejestrowanych ponad sto kół łowieckich. Zgodnie z prawem, każde z nich przed sezonem musi przygotować "plan pozyskania zwierząt". To w nim myśliwi przedstawiają ilości poszczególnych gatunków, które zamierzają upolować. Plan zawiera również raport z wykonania limitów w poprzednim sezonie. Przez lata myśliwi nie ukrywali w dokumentach, że notorycznie zabijali zwierzęta ponad normę. Według naszych informacji, tego typu sytuacje miały miejsce aż w 70 kołach łowieckich na terenie naszego województwa.

Każdy nadprogramowy odstrzał to strata dla skarbu państwa. Zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska, każde upolowane w ten sposób zwierzę ma swoją cenę. Najtańsze są m.in. zające - tysiąc złotych za sztukę. Tylko w jednym z kół w Urzędowie straty za okres trzech ostatnich lat wyniosły 280 tys. zł. Rekordziści odstrzelili 700 sztuk zwierzyny, co daje kwotę minimum 700 tys. zł.

Oddziały Polskiego Związku Łowieckiego, które nadzorują wykonanie planów, przez lata przymykały oko na ten proceder.

- Nikt nie jest nieomylny. To niepokojące zjawisko miało miejsce za rządów mojego poprzednika. Ja przewodniczę zarządowi okręgowemu dopiero od roku - skwitował Marian Flis, obecny przewodniczący ZO PZŁ w Lublinie.

Dotarliśmy do poprzedniego szefa związku. - Przekroczenia dotyczyły głównie drobnej zwierzyny, m. in. kaczek. Nie widzę powodu, żeby robić z tego aferę - bagatelizuje sprawę Karol Ciechowski, były przewodniczący PZŁ okręgu lubelskiego.

Dlaczego nikt do tej pory nie interesował się problemem? - Łowiectwo to drogi sport. Wiadomo, kogo na niego stać - mówił nam jeden z myśliwych, który prosił o anonimowość.

Z kolei od innego myśliwego usłyszeliśmy: - Ci, którzy strzelają bez opamiętania, to wyjątki. Traktujemy ich jak kłusowników, a nie po koleżeńsku.

Stefan Kowalewski, komendant wojewódzki Państwowej Straży Łowieckiej w Lublinie, bezradnie rozkłada ręce: - Nie wiem, dlaczego do tej pory nikt się nie uporał z tym zjawiskiem. Polski Związek Łowiecki nie powinien dopuszczać do naruszeń na tak ogromną skalę. Przyszedł czas, żeby powiedzieć: dość! - twierdzi Kowalewski.

Straż Łowiecka przygotowała zestawienie przekroczeń limitów odstrzałów w poszczególnych kołach łowieckich z ostatnich trzech lat. Aż 70 kół je przekroczyło. - Te materiały przedstawimy prokuraturze. Część już została wysłana śledczym - zapewnia Stefan Kowalewski. Jak udało nam się ustalić, trwają właśnie przesłuchania myśliwych.

Postępowania prowadzi też policja. W Kraśniku w jednym z przypadków akt oskarżenia trafił już do sądu.

[źródło : Kurier Lubelski]
_________________
"Lasy to świątynie dostojne, drzewa to ołtarze wysmukłe,
a my jesteśmy skromnymi kapłanami w służbie leśnych Bogów"
Henryk Skolimowski
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Support forum phpbb by phpBB3 Assistant
Strona wygenerowana w 0,57 sekundy. Zapytań do SQL: 13